kościema czyli zielone kłamstwo. Za produktem "eko" czy "bio" nie zawsze kryje się produkt przyjazny dla środowiska
Flickr / @ Joe Dyer / CC BY 2.0

Za produktem „eko” czy „bio” nie zawsze kryje się produkt przyjazny dla środowiska, a niektóre firmy świadomie wprowadzają konsumentów w błąd. Mechanizm ten określany jest słowem „greenwashing”, zaś potocznie mówi się na nie „ekościema” czy „zielone kłamstwo”.

„Moda na bycie eko spowodowała, że część firm chce na tym skorzystać, niekoniecznie tak naprawdę dostosowując swoje wyroby do kryteriów, jakim powinny odpowiadać produkty przyjazne środowisku. Ekościema jest bardzo trudnym zagadnieniem dlatego, że trudno niekiedy odróżnić konsumentowi, co jest prawdą, a co firmy koloryzują, nadając kształt zielonego kłamstwa” – zwraca uwagę dr Agata Rudnicka z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego.

Ekspert zaleca sprawdzanie składu produktów i tego, czy posiadają one odpowiednie certyfikaty. Na rynku funkcjonuje obecnie wiele certyfikatów wydawanych przez niezależne instytucje. Certyfikaty potwierdzają, że dany wyrób spełnia określone wymagania dotyczące składu albo etapu w procesie wytwarzania. Chodzi np. o proces barwienia w przypadku przemysłu odzieżowego, gdzie certyfikat Oeco Tex gwarantuje brak zawartości substancji niebezpiecznych i niezdrowych dla człowieka.

„Tak naprawdę tylko te z certyfikatami i tylko te, gdzie w składzie jest jasno zaznaczone, jaki procent składników pochodzi np. z upraw organicznych, albo jaka część danego procesu została zrealizowana z uwzględnieniem kryteriów środowiskowych, mogą być podstawą do zaliczenia danego towaru jako bioproduktu” – zaznacza dr Rudnicka.

Ekspertka radzi także, by konsumenci zwracali większą uwagę na to, kto kryje się za produktem, i jak dana firma komunikuje o swojej strategii działania. Niestety czasem zdarza się bowiem, że firmy, korzystając z fali zainteresowania takimi produktami, celowo albo nieświadomie nadużywają w komunikacji odwołania do właściwości prośrodowiskowych. Tym samym wprowadzają klientów w błąd.

Weryfikując producentów można rozpoznać, która firma działa w ramach odpowiedzialności środowiskowej. Czy jej produkty spełniają określone wymogi i mogą być nazywane produktami ekologicznymi czy „bio”. ”

Przykładem działań sugerujących proekologiczny charakter przedsięwzięcia mogą być np. przemalowywane na zielono fasady firmowych budynków, zielone opakowania produktów czy fałszywe etykiety na opakowaniach, na których umieszczane są grafiki takie jak np. zielony listek czy ręce trzymające planetę. Mogą one sugerować, że dany wyrób jest przyjazny środowisku czy spełnia wymagania jakiejś organizacji, co nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości.

Do takich działań zalicza się też m.in.: ukrywanie informacji o niekorzystnych cechach produktu, brak dowodów na temat tego, że dany produkt posiada cechy przyjazne środowisku czy nieprecyzyjne opisy mogące wprowadzać w błąd.

Zdaniem dr Rudnickiej czasami firmy wprowadzają w błąd już na etapie nazewnictwa. Dużym problemem, również na polskim rynku, było wykorzystywanie określenia „eko”, „bio” czy „organic” na produktach tak różnych, jak choćby papier toaletowy, herbaty czy kosmetyki. Jeszcze kilka lat temu problemem było też wykorzystywanie przez rozmaite firmy przedrostka „bio” w nazwie.

„Klient kupujący produkty takiej firmy myślał, że nabywa produkty spełniające kryteria ekologiczne, a tak często nie było. Na szczęście te kwestie zostały uregulowane przepisami unijnymi i teraz, żeby móc posługiwać się określeniem bio- na wyrobach, czy też wykorzystywać w nazwie firmy, trzeba spełnić określone kryteria” – wyjaśnia ekspertka.

Ponieważ rynek produktów „eko” czy „bio” wciąż się rozwija, na konsumentów czyhają pułapki i haczyki, na które powinni być oni wyczuleni. Według ekspertki przykładem „ekościemy” mogą być np. działania firmy sprzedającej energię, które komunikują, że jest ona ekologiczna i czysta, gdy tymczasem ta „ekologiczność” dotyczy zaledwie 1-2% całej produkowanej energii.

To samo dotyczy problemu transportu i elektrycznych samochodów, które z jednej strony są bardziej przyjazne dla środowiska, ale z drugiej – do ładowania baterii wykorzystują energię pochodzącą ze źródeł konwencjonalnych, a nie odnawialnych.

„Możemy też wyobrazić sobie sytuację, w której firma rezygnuje np. z plastikowych słomek na rzecz słomek papierowych, ale pakuje je pojedynczo w opakowania plastikowe. Tu znów efekt środowiskowy jest zerowy, a jako konsumenci chcielibyśmy jednak, żeby ten efekt był pozytywny dla środowiska” – podkreśla ekspert.

Jak zauważa dr Rudnicka, coraz więcej konsumentów krytycznie patrzy na to, co kupuje i zwraca uwagę, w jaki sposób jest to wyprodukowane i jak obciąża środowisko. Dlatego wciąż rośnie popyt i podaż produktów ekologicznych, a ich ceny maleją. Rynek produktów „eko” jest też coraz większy i obecnie zamiast poszukiwać np. ekologicznej żywności w specjalistycznych punktach, coraz częściej można ją kupić w sklepach osiedlowych.

„W związku z tym, że tych produktów na rynku jest coraz więcej, ich cena zaczyna maleć, dzięki czemu osiągamy efekt skali. Biorąc pod uwagę kilka ostatnich lat, to są takie produkty, których ceny zbliżyły się, a nawet wyrównały z produktami konwencjonalnymi” – zaznacza dr Rudnicka.

Według niej argument dotyczący wyższych cen produktów „bio” czy „eko” nadal będzie obowiązywał w przypadku bardziej luksusowych czy rzadkich produktów, natomiast w przypadku tych codziennego użytku wydaje się, że już przestaje mieć znaczenie.

„Co więcej, nawet sklepy czy producenci, którzy zwykle oferowali konwencjonalne rozwiązania: żywność, ubrania, też często decydują się na wprowadzanie do swojej oferty produktów +eko+ czyli np. odzieży z organicznej bawełny, czy żywności z upraw biologicznie odpowiedzialnych. Dlatego wydaje się, że nie jest to tylko trend, ale symptom rzeczywistych zmian na rynku, również na rynku polskim” – podsumowuje dr Agata Rudnicka z UŁ.

źródło: naukawpolsce.pap.pl